Syria: To nie tak miało być

-Chcieliśmy wolności, równości, jedności, zostaliśmy sami. Zdrajców wśród nas było zbyt wielu, przestaliśmy sobie ufać. Największym wrogiem okazaliśmy się my sami. Zaczęliśmy walczyć między sobą, w pewnym momencie nie wiedzieliśmy, kto jest naszym wrogiem.

Wybacz, że znów w parku, ale nie mogę was zaprosić do siebie – mówi Anas. Siedzimy przy stoliku w kawiarni w tureckim Gaziantep z jego trzema kolegami. To członkowie Wolnej Armii Syrii, przyjechali tu leczyć rany odniesione w wojnie domowej.

Anas co kilka dni nocuje w innym miejscu. Raz u kolegi, raz u brata, ale zazwyczaj u matki, która ma chore nerwy. – Od dzieciństwa byłem niepokornym dzieckiem. Przez ostatnie 6 lat dałem jej wiele powodów do zmartwień. Boję się tylko Boga, ale ciągle czuję obcy wzrok na ramieniu. Ciągle się rozglądam. – Od czasu kiedy ranny Anas trafił do szpitala w Turcji, minęło siedem miesięcy.

– Może to paranoja? Boję się, że ktoś podjedzie na motorze i strzeli mi w tył głowy. Ciągle się ukrywam. Nie mam 27 lat, nie nazywam się Anas, nie mam pracy ani pieniędzy, nie mam żony, nie mam ojca, nie mam ojczyzny, nie mam nic. Mam tylko ukryte prawdziwe imię składające się z siedmiu liter ułożonych w poziomie, ale jakie to ma znaczenie… To nie tak miało być. Chcieliśmy wolności, równości, jedności, zostaliśmy sami. Zdrajców wśród nas było zbyt wielu, przestaliśmy sobie ufać. Największym wrogiem okazaliśmy się my sami. Nasza bieda, nasze słabości zwyciężyły. Wyszły z nas najstraszniejsze potwory. Spora grupa powstańców przeszła do grup i organizacji fundamentalistycznych. Zaczęliśmy walczyć między sobą, w pewnym momencie nie wiedzieliśmy, kto jest naszym wrogiem.

Zamiast jednej flagi, mamy kilkanaście. Zamiast jednej wolnej armii, mamy kilkadziesiąt oddziałów. Liczba mudżahedinów przewyższa liczbę umiarkowanych rebeliantów. Może błędem było złapanie za broń, może błędem była zielona flaga rewolucji, może błędem była ta cała rewolucja? Ale w pewnym momencie nie było powrotu. Tych uczciwych z nas robaki dawno zżarły, a na ich grobach rosną dzikie chwasty. Została po nich tylko pamięć i kilka zachowanych zdjęć.

Anas wyjmuje komórkę, szuka w folderach zdjęcia. – O, to zdjęcie z 2010 roku, kilka lat po maturze. Jedyna pamiątka. Widzisz, to zdjęcie kolegów z liceum. Było nas sześciu. Wspólnie chodziliśmy na wagary, opowiadaliśmy o pierwszych miłościach, leczyliśmy wzajemnie złamane serca, klepaliśmy się po ramieniu, zaciągając się pierwszymi papierosami. – Anas chowa telefon do kieszeni.

– W kwietniu 2011 roku wzięliśmy udział w pierwszej manifestacji na wydziale humanistycznym uniwersytetu w Aleppo. Było nas około 50 osób i nagle ktoś odważył się i krzyknął: wolność! Wiesz, co to było za uczucie? Wiesz co to dla nas znaczyło? Byliśmy jak w transie. Wolność – słowo, które zapisane było tylko w słownikach, wykrzykiwaliśmy w salach i na korytarzach uniwersytetu. Mówiłem rodzicom, że idę do kolegów, ale tak naprawdę uciekaliśmy na manifestacje. Na początku wstydliwe, ale coraz więcej ludzi zaczęło się do nas dołączać. To były prawdziwe wesela wolności. Początkowo brało w nich udział kilkanaście osób, potem już tysiące. Jak zaczęły się aresztowania, chowaliśmy się po cudzych domach. Potem chwyciliśmy za broń. Cała szóstka. Byliśmy wierni sobie jak bracia.

Widzisz te rany na rękach? Pięć razy ledwo uszedłem z życiem. Każda rana to inna historia, walka o kolejne ulice, o kolejne pozycje. O ta… widzisz tę dziurę? To pamiątka po dniu, w którym zginął Muhammad, byliśmy razem. Ja żyję, a jego już nie ma wśród nas. Udej, Chaled, Ahmad, Mustafa, wszyscy zginęli. Ze zdjęcia zostałem tylko ja.

Oczy Anasa zaszkliły się łzami. W białych filiżankach po tureckiej kawie zostały tylko czarne gorzkie fusy, popielniczka wypełniła się petami, a dookoła niej rozsypał się szary popiół.

Zawieszoną ciszę przerwał błagający głos żebraka, który kulejąc, podszedł do naszego stolika. Jest w wieku Anasa, ma podwiniętą prawą nogawkę czarnych dresowych spodni, która odsłania niestarannie zabandażowaną łydkę.

– Oddaj swoją wolę Bogu, on Ci da – moi towarzysze grzecznie odpowiadają mężczyźnie, ale on błaga jeszcze żarliwiej, nieprzerwanie. Przestają na niego zwracać uwagę. Sytuacja robi się nieznośna, a czas wydłuża się w nieskończoność. Anas nie wytrzymuje nerwowo i podnosi nogawkę dżinsów, pokazując żebrakowi sztuczną kończynę. Po chwili Omar zdejmuje beżową rękawiczkę z lewej dłoni i podwija rękaw koszuli, odsłaniając szarobeżową protezę. Muhammad podnosi podkoszulek – widać kilka głębokich blizn na brzuchu.

Żebrak odchodzi bez słowa.

Magdalena Nimer

Tags from the story
, ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *