Umarł król, niech żyje generał!

O śmierci króla szeptano od dawna. Po cichu spekulowano kto przejmie tron i jak potoczą się dalsze losy kraju.

Oficjalnie król miał być wszechmogący, niezniszczalny i doskonały. Każda próba podważenia jego wyjątkowości lub sprowadzenia go do roli zwykłego śmiertelnika, mogła zostać uznana za obrazę majestatu. A ta, była i jest w Tajlandii poważnym przestępstwem. Wielu zapłaciło za to swoją wolnością.

Ale śmierć, jak to śmierć, przychodzi i zabiera. Nie cacka się z królewską propagandą, z boskim wizerunkiem, z życzeniami o wiecznym panowaniu na ziemi.

13 października zdarzyło się nieuniknione. Po 70 latach panowania, umiłowany bóg i ojciec, król Bhumibol Adulyadej, opuścił swój naród. Od czwartku Tajowie pogrążeni są w żałobie.

Ten smutek jest prawdziwy, tak samo jak prawdziwe były złote portrety króla, którymi obficie obwieszano ulice czy krótkie filmy o monarsze rozpoczynające każdy seans w kinie. Prawdziwe było też codzienne stanie na baczność do hymnów, rozbrzmiewających w kraju dwa razy na dobę. Wielu w to wierzyło.

Król nie był jednak ani niezniszczalny, ani doskonały. Za jego rządów kraj rozwarstwiał się coraz bardziej, podzielił się na dwa wrogie obozy. Ale póki król żył, był wszechmogący. Stała za nim bowiem wierna armia, która broniła interesów rodziny królewskiej i związanych z nią elit. A on zawsze stał po jej stronie i potrafił usankcjonować ich działania. Nawet gdy na ulicach ginęli ludzie. W zamian za rządy twardej ręki, król gwarantował stabilność.

Teraz Tajowie bez króla ugrzęźli między złym a niedobrym.

Na tronie nie zasiadł jeszcze jedyny syn Ramy IX, Vajiralongkorn. Książę oświadczył, że nie jest gotowy na przejęcie korony. Nielubiany, nazywany playboyem, pozbawionym szacunku do kultury i tradycji jako nowy król, wzbudzałby dziś zamieszanie, które przyćmiłoby wszystkie łzy i lament.
Decyzja niepopularnego następcy ma więc swoje uzasadnienie.

Władzę w kraju sprawuje więc generał Prem, wpływowy i surowy wojskowy. Dla Tajlandii oznacza to przedłużenie srogich rządów junty, których końca nie widać dziś jeszcze bardziej niż wcześniej. Czy kiedy przyjdzie ten moment, armia odda władze w ręce ekscentrycznego księcia? To wszystko staje dziś pod znakiem zapytania, bo sam generał Prem, podobnie jak większość Tajów, nie sympatyzuje z następcą tronu.

Na ulicach miast i wsi wciąż przechadzają się ludzie w czerni, ściskając na piersiach portrety króla. Gromadzą się, lamentują, robią zdjęcia w każdej konfiguracji – rodzinne, grupowe, selfie. Tak na zmianę. Na ulicach rozstawili się sprzedawcy z nowym asortymentem – zdjęciami Ramy IX i czarnymi szarfami. Nawet bankomaty witają klientów królem w kirze.

Khao San, najpopularniejsza ulica turystyczna Bangkoku przycichła, choć zakaz sprzedawania alkoholu ominięto „sprzedając herbatę”. Odwołano także słynne Full Moon Party, jedną z największych atrakcji turystycznych w kraju.

Żałoba potrwa rok. Ten rok pokaże czy Tajlandia skłoni się ku demokratycznym zmianom, czy jeszcze mocniej odczuje rządy wojskowej junty.

Tags from the story

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *