Uchodźca na dworcu w Keleti

– Nie dam rady iść, nie mam już siły – zwija się z bólu trzydziestoparoletni mężczyzna. Ostrożnie, powoli siada na schodach dworca Keleti w Budapeszcie i zdejmuje stare zniszczone trampki. Na stopach widzę otwarte skażone rany. Smród rozkładającego się mięsa unosi się w powietrzu. Jeden z mężczyzn woła lekarza, wraz z innymi przenoszą go do punktu medycznego. Jest wrzesień 2015 roku, wkrótce Węgrzy zamkną granicę dla uchodźców.

Mężczyzna wychodzi o kulach z obiema zabandażowanymi stopami, mówi, że jest lepiej, tylko żadnych butów już nie ma.

– Przepraszam za łzy, ale psychika mi szwankuje, odkąd spędziłem pół roku w więzieniu. Ciężko jest mi o tym mówić, ale chcę, żeby ludzie wiedzieli, od czego uciekam. Takich historii są setki tysięcy.
W sierpniu 2013 jechałem jak co dzień do swojego warsztatu samochodowego w Damaszku. Zgarnęli mnie z posterunku kontrolnego, gdzie stacjonowali żołnierze reżimu Baszara. W ogóle się tego nie spodziewałem. Zakryli mi głowę moim podkoszulkiem i z posterunku zabrali do oddziału przesłuchań służb bezpieczeństwa lotniczego w Damaszku.
Trafiłem do celi metr na metr z pięcioma innymi osadzonymi. Zaprzyjaźniłem się z jednym z nich. Miał na imię Anas. Dostał się tam kilka tygodni przede mną. W celi bez światła, co dwie godziny wymienialiśmy się prawem do korzystania z kawałka podłogi. Dwóch z nas stało opierając się o ścianę, dwójka starała się wyprostować kości na podłodze, wciskając się pomiędzy bezwładne ciało współwięźnia, który danego dnia był bity przez strażników.
Staliśmy i leżeliśmy na przemian. W ziemi był otwór, gdzie załatwialiśmy potrzeby. W komórce Anasa znaleźli nagranie manifestacji przeciwko reżimowi. Bili go za to tygodniami. Jednej nocy po prostu przestał oddychać. Leżał martwy, a wszyscy tracili zmysły. Wołaliśmy o pomoc. Strażnicy nie reagowali. Śmiali się, przeklinali i mówili, żeby zdychał.
Ciało Anasa oddali jego rodzinie. Pod jednym warunkiem – rodzice musieli podpisać sfałszowany akt zgonu. Oficjalną przyczyną śmierci Anasa był atak serca. I tak rodzina miała dużo szczęścia. W większości przypadków, ciała nie wydają. Albo je palą, albo gdzieś grzebią we wspólnych mogiłach. Ten Anas był młodym, radosnym mężczyzną, chciałbym, żeby o takich jak on, pamiętano.
Po tygodniu wywieźli mnie do innego wiezienia. Kazali się rozebrać do majtek. 20­ metrowa cela i 70 mężczyzn, z jednym kiblem. Jak wstawałem i chciało mi się sikać, to musiałem odstać swoje w kolejce. Niektórzy nie wytrzymywali i sikali pod siebie. Inni pod wpływem tortur tracili świadomość i załatwiali potrzeby leżąc na podłodze. Mocz i kał mieszały się z krwią, która była nieodłącznym elementem każdego spotkania ze strażnikami. Gnijące rany, zimna, lepka posadzka i owrzodzona skóra głowy doprowadzały ludzi do szaleństwa.
Jak spadała temperatura, strażnicy kazali nam się rozbierać i zostawiali nagich przez kilka dni.
W takich więzieniach spędziłem pół roku.
Smród był nie do zniesienia, ale przyzwyczaiłem się. Najgorsze były jęki i krzyki torturowanych. Wtedy myślałem, że oszaleję. W końcu przestałem się bronić, czekałem na śmierć.
Śni mi się ten smród.
Głodowaliśmy. Raz dziennie strażnicy przynosili jedzenie. Raz przynieśli kaszę. Na naszych oczach nasikali do niej i powiedzieli, że psy jedzą psie jedzenie.
Zjedliśmy.
Błagałem, żeby mnie zastrzelili. Nie chcieli. „Szkoda naboju na takiego śmiecia” ­ mówili.
Torturowali mnie od pierwszego dnia.
Najgorsze było „niemieckie krzesło”. To dzieło Aloisa Brunnera, który po wojnie zmienił nazwisko na Fischer. Ten były esesman i zbrodniarz hitlerowski szkolił pokolenia syryjskich służb bezpieczeństwa w sztuce torturowania i represji.
Pamiętam, że leżałem na brzuchu z twarzą do ziemi. Ręce i ramiona miałem wykręcone do tyłu i związane sznurkiem o metalowe oparcie krzesła. Każdy ruch krzesłem do przodu powodował wygięcie ciała w odwrotnym kierunku. Dusiłem się, myślałem, że za chwilę popękają mi żebra i kręgosłup.
Straciłem przytomność.
Nie pamiętam, kiedy się ocknąłem.
Podłączali też mój język i uszy do prądu, wieszali na suficie za nadgarstki, tak, aby końcówki stóp ledwo dotykały ziemi. Bili kablami i rurami kanalizacyjnymi. Lali zimną i gorąca wodę, na przemian. Przypalali papierosami, kuchenką elektryczną. Dmuchali pompką w odbyt.
Bili. Strasznie bili.
Chcieli, żebym się przyznał, że uczestniczyłem w manifestacjach antyrządowych, że jestem członkiem komórki terrorystycznej. Tylko jak mogłem się przyznać do czegoś, z czym nie miałem nic wspólnego.
Rodzina szukała mnie wiele miesięcy, uruchomili wszystkie znajomości. W końcu udało im się dotrzeć do wysoko postawionego wojskowego, który wycenił moje życie na 5 tysięcy dolarów. Zapłacili.
Wyszedłem.
Gdy mijałem więzienną bramę, ważyłem 52 kilogramy, przy wzroście 185 centymetrów. Na wolności przez ponad rok nie wychodziłem z mieszkania. Nie mogłem jeść. Jak kładem się spać, to godzinami nie mogłem zasnąć, dręczyły mnie koszmary. Bałem się spać.
Reżim aresztuje coraz więcej osób. Baszar wprowadził obowiązkowy pobór do wojska. Ma się za niego bić każdy, kto może trzymać karabin. Nie chciałem zabijać, więc uciekłem.
Uciekłem z ludźmi, wśród których są moi wcześniejsi prześladowcy. Służby Baszara wiedzą, że zbliża się jego koniec. Niektórzy z nich mają fałszywe paszporty, akty urodzenia, akty chrztu. Zastanawiam się, co bym zrobił, gdybym spotkał tutaj tego strażnika, który śmiejąc się, dmuchał pompką w mój odbyt.
Jak wyzdrowieję, chcę pracować przy samochodach. Uwielbiam zapach smarów i olejów w zakładzie, bardzo mi tego brakuje.
Czy to prawda, że w Niemczech mechanik zarabia trzydzieści euro za godzinę? To strasznie dużo pieniędzy.
Nie wiem, czy po tym, co przeżyłem, uda mi się założyć rodzinę, mieć dzieci. Ale skoro Bóg chciał, żebym przeżył, to muszę żyć dalej. Muszę.

Nidal to ofiara reżimu Baszara al-Asada. Opresji wobec cywilnej ludności dopuszczają się w Syrii nie tylko rządowe służby. Z kraju uciekają też między innymi szyici, prześladowani przez dżihadystów, których różne ugrupowania opanowały znaczną część państwa. Swoje domy w obawie przed radykalnym islamem opuszczają też syryjscy chrześcijanie.

Tekst: Magdalena Nimer

Magdalena Nimer od ponad roku zajmuje się tematem migrantów i uchodźców, zarówno tych zmierzających do Europy jak i tych, którzy w tak daleką drogę nie wyruszyli. Przemierzyła szlak bałkański, kilkukrotnie była w Turcji i Grecji, a także w Niemczech.

Miło nam poinformować, że Magda została członkiem Kolektyw Reporterski

Zdjęcie: Magdalena Chodownik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *