Wojna, której nie powstrzymał George Clooney

W stolicy słychać strzały z karabinów i moździerzy. Nad miastem latają helikoptery bojowe. Po ulicach jeżdżą czołgi. Na nic się zdały porozumienia pokojowe podpisane w sierpniu zeszłego roku. Oddziały prezydenta Salwy Kiira walczą z żołnierzami wiceprezydenta Rieka Machara. Tak wygląda Sudan Południowy w piątą rocznicę niepodległości.

W ciągu ostatnich dwóch lat wojny domowej zbrojne grupy się w kraju namnożyły. Ofiar jest 50, a może i 300 tysięcy. Nikt tego dokładnie nie policzył. Dwa miliony ludzi uciekły ze swoich domów, a niemal połowa obywateli ma problem ze zdobyciem wystarczającej ilości jedzenia.

A przecież miało być tak pięknie. Pięć lat temu twarzą najmłodszego państwa świata został George Clooney.

Jego obecność w Sudanie rozpalała rumieńce na bladych twarzach pracownic organizacji dobroczynnych i siała popłoch wśród fotoreporterów. Byli nawet tacy, którzy uważali, że bez niego podział największego kraju Afryki nigdy nie miałby miejsca. Słuchano go, jakby był głową ważnego państwa. Nie tylko w Sudanie Południowym, ale też w Waszyngtonie i w gmachu ONZ, gdzie z uporem ratował Darfur i żądał trybunału za ludobójstwo dla prezydenta Sudanu – Baszira.

– Skoro i tak paparazzi mnie śledzą cały czas, chcę, żeby mnie śledzili tu – uśmiechnięty George Clooney kokietował dziennikarzy w bogatym w ropę naftową, spornym regionie Abyei.

Pewnej nocy aktor leżał na sudańskiej pustyni i podziwiał gwiazdy. – Skoro Google Earth robi zdjęcia mojego domu, to dlaczego nie robić zdjęć zbrodni wojennych? – pomyślał. I zrobił. Wraz z kolegami z Hollywood zrzucili się na szpiegowskiego satelitę. Jego zadaniem było fotografowanie ruchów militarnych na granicy, tuż przed podziałem Sudanu. Dla wszystkich poza rządem z Chartumu pomysł – choć nielegalny – od razu wydał się genialny w swojej prostocie. Tak George Clooney stał się twarzą budowy nowego państwa.

O jego wyprawie donosiły światowe pudelki i plotki. Dzięki nim wiemy, że George miał dwa razy malarię i był to dla niego „fun”. Czytaliśmy, że żołnierz celował do niego z karabinu, że w pracy aktor dzień zaczyna od prasówki o Sudanie i ma w telefonie numer do dowódcy rebelii ustawiony na szybkie wybieranie.

Jego medialna batalia okazała się skuteczna. Blask George’a po raz kolejny pomógł skierować uwagę światowych mediów na Sudan przed podziałem.

– Najpierw zbierasz publiczność. Cała sztuka w tym, by znaleźć chwytliwy slogan. Na plakacie filmowym to przecież jedna linijka, tak? Możesz powstrzymać wojnę, zanim do niej dojdzie – opowiadał aktor o swojej działalności dobroczynnej dziennikarzom w Central Pubie, knajpie tuż przy zegarze, który odliczał w Dżubie dni, godziny i sekundy do dnia niepodległości.

Scenariusz sudańskich wojen był prosty: źli Arabowie z Północy, wiadomego wyznania, mordują Bogu ducha winnych chrześcijan. Do tego na północy mieszka zły dyktator Baszir. Jak tylko straci dostęp do 70% zasobów ropy naftowej, które po separacji przejmie Dżuba, będzie się stawiał. Są również ogromne rozlewiska Nilu Białego. Wniosek? Trzeba biedakom pomóc.

Kiedy zegar przy Central Pubie wybił godzinę zero, tłumy ludzi szalały z radości. Na ulicach powiewały flagi USA i Izraela. Bo w najmłodszym państwie świata wszystko musiało być amerykańskie – godłem kraju został bielik afrykański (do złudzenia podobny do amerykańskiego), prowincje przemianowano na stany. Jednak najbardziej amerykański był stetson na głowie prezydenta Salvy Kiira. No i waluta, w której wręczano łapówki.

Tak po pół wieku wojen domowych Republika Sudanu Południowego została ogłoszona niepodległym państwem. Jednak nic nie było tak proste, jakby tego sobie życzył George Clooney.

Zarówno George, jak i reszta świata najwidoczniej zapomnieli, że obściskujący się w świetle fleszy prezydent Kiir i jego zastępca Machar, od lat walczą ze sobą o władzę. I gotowi się o nią zabijać.

W tej historii ważną rolę odegrał również John Garang – przywódca i założyciel Ludowej Armii Wyzwolenia Sudanu (SPLA), który nie dożył jednak dnia niepodległości. Zginął w katastrofie helikoptera niedługo po podpisaniu porozumień pokojowych w 2005 roku, bez których nie byłoby referendum.

Przez większość życia Garang walczył o zjednoczony wielorasowy i wieloreligijny „Nowy Sudan”. Jego ówczesny zastępca Riek Machar miał jednak spore ambicje. Na początku lat 90-tych, próbował obalić Garanga, doprowadzając do krwawej wojny w oddziałach SPLA. Jak zwykle najbardziej ucierpiała na tym ludność cywilna – niemal 300 tysięcy ludzi umarło z głodu.

Po śmierci Garanga prezydentem został Salwa Kiir, także z plemienia Dinka, a jego zastępcą Riek Machar z ludu Nuer.

Trup wypadł z szafy w drugą rocznicę niepodległości, kiedy prezydent Kiir wraz ze swoim zastępcą Macharem, zaczęli się szykować do wyborów prezydenckich. I obydwaj zapragnęli zwycięstwa.

Tak od słowa do słowa, trzy lata po reklamowanym przez George’a Clooneya referendum, wybuchła kolejna wojna domowa.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *