Fotoreporter na wojnie narkotykowej

Adrenalina, nerwy, oczekiwanie i twitter, który informuje o egzekucji. Szukam dojazdu i krążę po uliczkach Manilii. Wreszcie z półmroku wyłania się światło – to filipińska ekipa CNN i zajęty procedurami policjant, który pyta:

– Kim jesteś?
– Fotoreporterem.
– Skąd?
– Z Polski.
– A dasz mi swój numer telefonu?
– Po co?
– Jak będzie następny trup, zadzwonię.

Złapałem się na tym, że mówię przyciszonym głosem, kiedy w środku nocy stoję obok ciała z rozwaloną głową. Noc kończę około piątej nad ranem. W takich warunkach trudno o sen.

Ludzie mówią, żeby uważać, bo są dzielnice, gdzie rządzą gangi. Ale emocje robią swoje. Jak mam aparat, myślę inaczej. I nie jest ważne, co jest po drugiej stronie obiektywu, bo patrzenie przez wizjer ułatwia mi kontakt z tragedią. Emocje odkładam na bok. I zdjęcia stają się najważniejsze.

Ile widziałem trupów? Dużo. Na przykład dziewczynę w trumnie, której policja przed śmiercią złamała rękę, żeby wydała handlarzy. Dostała trzynaście kul, bo nic nie wiedziała, jak zeznała jej ciocia. Potem zobaczyłem ciało noworodka w kostnicy. Było wrzucone w nogi jednego z martwych handlarzy. Innej nocy widziałem pięciu zabitych, jak na przestrzeni dwóch przecznic leżeli w kałużach krwi. Pamiętam też dziewczynę w ciąży, która opłakiwała śmierć męża i wujka. Opuściłem aparat. Wystarczy.

Ginie pełno niewinnych osób, żadnych konswekwencji, policja jest bezkarna. Rodzą się w nich najgorsze intynkty. Czystki trwają głównie w slumsach.

Chodziłem po kostnicach, cmentarzach, więzieniach i komisariatach, które są przepełnione, bo w pierwszym okresie wojny z narkotykami przestępcy sami się zgłaszali, żeby uniknąć śmierci. Teraz czekają na rozprawy w celach, gdzie zamiast sześcdziesiąt jest sto pięćdziesiąt osób. I śpią na trzy lub cztery zmiany.

Pamiętam dialog z jednym policjantem:

– Kawa? Papieros? – A po chwili – Jesteście Anglikami? Nie? To dobrze, nienawidze ich. Jesteście rasistami? Nie? To dobrze, też ich nienawidze.
I pokazuje swój wywiad w gazecie.
– Tak, to prawda, co tu mówię – chełpił się – Zabiłym własnego syna, gdyby dilował.

Gliniarz wierzący w obowiązek zabijania, bo narkotyki są złem absolutnym, moralnie zdegradowany.

Porównują Duterte do dyktatora Marcosa. Z tym że ludzie mówią, że młodzi Marcosa już nie pamiętają. Dlatego nie wiedzą, jak to było wtedy, kiedy rządził. I dają nowemu prezydentowi przyzwolenie na bezwzględne rządzenie. A może Filipiny potrzebują takiego przebudzenia z marazmu? Może potrzebują takiego Duterte? Jeśli założymy, że zabijanie w myśl większej ideii jest dopuszczalne, to nadal pozostaje ogromna liczba niewinnych, którzy zginęli. Może robienie tego w białych rękawiczkach mija się z celem, ale pójście w drugą skrajność jest barbarzyństwem.

Czy śnią mi się trupy, które widziałem? Nie. Jestem jeszcze na takim etapie, że to wciąga. Jak narkotyki.

Zdjęcia: Mario Janiszewski

Tags from the story
, , ,

Komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *