Cztery pokolenia wojny

I

Tydzień przed świętami Bożego Narodzenia w 2013 roku, Alfred jechał samochodem, mijając stosy trupów rozrzucone przy drodze, i myślał o tym, dlaczego to znowu musiało się stać.

Niektóre ciała leżały skulone, jakby potulnie czekały na cios maczetą. Ci zamordowani seriami z karabinów padali w biegu. Inni walczyli do końca, jak ten jego sąsiad, co z poderżniętym gardłem charczał, rwąc dłońmi kępki suchej trawy. Agonia trwała dobre piętnaście minut. Alfred nie czekał na koniec. Spakował syna do samochodu i pojechał do żony, która z małą córeczką była u teściów.

Dwa dni wcześniej w koszarach gwardii prezydenckiej wybuchła strzelanina pomiędzy żołnierzami prezydenta a zwolennikami jego byłego zastępcy. Tak zaczęła się rzeź. Agenci bezpieczeństwa z grupy etnicznej Dinka chodzili od domu do domu i mordowali każdego, kto był z plemienia Nuer. Czasem pytali o pochodzenie, choć w wielu wypadkach nie trzeba było o nic pytać. W Sudanie Południowym nadal dość popularne są skaryfikacje na czołach. Nuerowie wycinają sześć poziomych linii, Dinkowie podwójne strzałki skierowane w dół.

Tysiące ludzi pobiegły w kierunku lotniska, do misji pokojowej ONZ. W jednej chwili do Alfreda wróciły wszystkie koszmary z przeszłości. Ten dzień, kiedy na jego wieś spadły bomby zrzucone przez Arabów z Północy, tnąc mieszkańców milionem odłamków. Ciał było tyle, że ocalonym zabrakło sił, by wszystkich porządnie pochować. Alfred gołymi rękami pomagał kopać płytkie groby. Miał wtedy 14 lat. Z dzieciństwa pamiętał też słodkawy smród. Ciągnął się za ciężarówkami, które po egzekucjach wywoziły trupy ze stolicy. Zginąć można było od samego patrzenia na te karawany śmierci, mordercy z zimną krwią pozbywali się świadków zbrodni. Jak kiedyś, teraz również przesunięto godzinę policyjną z północy na popołudnie. Tak próbowano zatrzeć ślady.

Alfred jechał przez miasto sparaliżowane strachem. Nagle w samochodzie rozległ się płacz. Zdał sobie sprawę, że z całych sił wciska głowę swojego trzyletniego syna w fotel. – Tak bardzo nie chciałem, żeby Tony to widział. Nie chcę, żeby śnił to, co ja – usłyszałam od niego przy obiedzie. Alfred z rodziną uciekł do Ugandy. Od tamtej pory minęło dwa i pół roku. Tony nadal chowa się pod łóżkiem na dźwięk petard. Wystarczy, że wystrzeli butelka z napojem gazowanym. – Tato, a czy oni kiedyś przyjdą i nas zabiją? – spytał niedawno ojca, mijając na ulicy Kampali policjantów. Tony boi się mężczyzn w mundurach.

– W wojnach domowych walczył mój dziadek i ojciec . Zaczęło się, kiedy Sudan uzyskał niepodległość 60 lat temu. W państwie większym od Europy Zachodniej ludzie mieli się dogadać w ponad stu językach. Dziadek z rodziną chował się w jaskiniach przed handlarzami niewolników. Arabowie traktowali nas jako darmową siłę roboczą i próbowali islamizować, jeszcze zanim wraz z kolonizatorami przybyli misjonarze, by dla odmiany nas chrystianizować. W tych wojnach jednak, nie o religię głównie chodziło, ale o zyski. „Aqtul abid bil abid”, po arabsku znaczy „niewolnika zabijaj niewolnikiem” i tak właśnie wygląda nasza historia. – Dziel i rządź. Szczuto na siebie grupy etniczne, które tradycyjnie konkurowały o dostęp do wody, pastwisk i rabowały sąsiadom bydło. Wystarczyło dozbroić jednych lub drugich i czekać aż zaczną się zabijać. Broń do Sudanu płynęła z całego świata.

Pech ciał, że na terenie Południa pod koniec lat 70. Chevron odkrył duże złoża ropy. Amerykanie wspierali wtedy Północ, więc rząd z Chartumu próbował przesunąć granicę, by tereny roponośne znalazły się poza autonomią Południa. Po chwili spokoju, w 1983 roku, wybuchła najkrwawsza w historii Sudanu wojna domowa. Walki zaczęły się na polach naftowych odkrytych przez koncern Chevron. Ludowa Armia Wyzwolenia Sudanu, na czele której stał John Garang, wspierana była przez Związek Radziecki. Wojna trwała 22 lata.

II

– Zdrastwujtie towariszcz Poljak – usłyszałam pewnego dnia, czekając na nową akredytację dziennikarską w ministerstwie informacji Republiki Sudanu Południowego. Przysiadł się do mnie dwumetrowy olbrzym z figlarnym uśmiechem. Był pułkownikiem SPLA, która kilka miesięcy wcześniej stała się rządową armią najmłodszego na świecie państwa. Był rok 2011, po ogłoszeniu niepodległości przez Sudan Południowy panowała wielka radość. Niepoprawni optymiści widzieli w tym kraju nawet drugi Dubaj.

– Znałem kilku ludzi z twojego plemienia. Byliśmy razem na wojskowych szkoleniach w ZSRR. Wesołe to wasze plemię, nie ma co. W Moskwie moim dobrym kumplem został taki jeden Czesław. Nauczył mnie, że wódkę należy pić pod zakąskę. Miło wspominam. Pamiętam, jak się razem śmialiśmy z jednej panienki, która myślała, że skoro jestem taki czarny, to na pewno ślady na białej pościeli zostawiam – pułkownik parsknął rubasznym śmiechem, klepiąc się po udach – Piękne to były czasy, ale się zestarzałem. Chciałam się dowiedzieć czegoś więcej o Czesławie, jednak pułkownik natychmiast spoważniał. – Nic ci więcej nie powiem, czasy się zmieniły. Teraz wierzymy w Amerykę, masz nic nie pisać o mnie i Moskwie. Nawet się młodszym kolegom nie przyznaję, że po rosyjsku rozumiem co nieco. Ach…ale wtedy był ze mnie mołodiec… – westchnął pułkownik, wytarł chusteczką spocone czoło i wrócił do wspomnień. – To dopiero były czasy, tylko kwas chlebowy mi jakoś nie podchodził. Amerykanie wspierali wtedy Chartum, a my jeździliśmy na Kubę i do państw bloku wschodniego. Wszystko się zmieniło, kiedy ten wasz Mur Berliński się zawalił, a w Etiopii obalili reżim Mengistu. Na kopach nas wtedy stamtąd wywalili, ci Etiopczycy. Był początek lat 90. Amerykanom przestało się podobać, że do Chartumu wyprowadził się ten wariat Bin Laden. Wtedy przestało być miło, bo przywiózł tu tych oszołomów z Koranami. To byli mudżahedini. Ci nam spuścili niezły łomot. A potem my sami w SPLA zaczęliśmy się zabijać. Wielu dobrych kumpli i bliskich straciłem w tej wojnie – pułkownik zamilkł i się zadumał. Po chwili zerwał się z krzesła. – To na mnie już czas i tak za bardzo się rozgadałem. Powodzenia towarzyszko!

III

Po przyjaźni ze Związkiem Radzieckim pozostał zwrot „towarzysze” i armia nazwana czerwoną, czyli tysiące dzieci żołnierzy. Gai był jednym z nich. Miał 12 lat, kiedy rebelianci siłą wyrwali go z rąk płaczącej matki. Oficjalnie SPLA twierdziło, że zabiera chłopców do szkoły w Etiopii. Tylko naiwni rodzice, lub tacy, którym rebeliancka propaganda kompletnie wyprała mózg, wierzyli w te bzdury. Najczęściej dzieci odbierano siłą. Wielu z tych chłopców nigdy nie wróciło. Po drodze umierali z pragnienia i głodu, rozszarpywani przez dzikie zwierzęta lub mordowani przez najróżniejsze grupy rebelianckie. Gai stracił swoją koszulę i to, co matka dała mu na drogę, tego samego dnia. Żołnierz SPLA kazał mu się rozebrać. – Wziął moje rzeczy i sprzedał. Wszyscy maszerowaliśmy nago – opowiada Gai. Po niekończącym się marszu do celu docierali nieliczni. – Tęskniłem za mamą, z mojej wsi ze mną poszło 6 chłopców. Po drodze zginęło trzech, w tym mój najlepszy przyjaciel. Tut ciężko się rozchorował, nie wiedziałem jak mu pomóc. Był starszy ode mnie o rok. Nasz opiekun kazał mi go zostawić, grożąc, że jeśli tego nie zrobię, zastrzeli mnie. Odszedłem. Postanowiłem nie oglądać się już nigdy za siebie. W Etiopii, gdzie nadal rządził krwawy reżim wspierany przez Moskwę, zamiast obiecanych szkół, na chłopców czekały obozy wojskowe. – Robiłem pranie żołnierzom, sprzątałem, rebelianci organizowali nam wojskowe musztry, uczyli posługiwać się bronią i śpiewać wojenne piosenki. Jak tę, po arabsku jej słowa szły mniej więcej tak:

The children of southern Sudan Are not scared
Yes, yes, yes we are all men,
So what if we die?
I swear, I swear
That even if I do I’ll fuck your mother and your father too.

Rok później Gai zabił pierwszego człowieka. – Nigdy nie widziałem jego twarzy, ale ten moment pamiętam dokładnie. Zobaczyłem go z daleka, szedł z bronią przygotowaną do strzału. Miał na głowie turban i niebieską koszulę. Choć kazali nam oszczędzać naboje, strzeliłem całą serię. Na ślepo, bo odrzuciło mnie trochę do tyłu. Trzy kule trafiły go w plecy, jedna w głowę. Leżał twarzą do ziemi, bałem się podejść. Zbiegli się starsi, żeby przeszukać ciało. Od tamtej pory zacząłem dostawać większe porcje jedzenia i uwierzyłem, że jestem bohaterem. O tym, co było dalej, nie chcę pamiętać. Kiedy wspomnienia są zbyt ciężkie, zaczyna brakować sił w skrzydłach. Jestem jak ten termit – Gai trącił palcem owada, który przed chwilą spadł na stół. To była noc latających termitów, siedzieliśmy przed jego chatą na obrzeżach stolicy, pijąc ciepłe piwo przy świetle solarnych lamp. Tysiące ogłupiałych od światła owadów wirowało w dół. Po upadku taszczyły do niczego niepotrzebne już skrzydła. – One lecą na śmierć. Przeżyje jeden na sto – Gai podniósł owada ze stołu, wyrwał mu skrzydełka i strzepnął na ziemię. – Nasi przywódcy za nic mają życie swoich żołnierzy i obywateli. Od zawsze najważniejsza była dla nich kasa i władza. Niełatwo mi to mówić, bo sam jestem Nuerem, ale kiedy na początku lat 90. wspierany przez Chartum ambitny Riek Machar próbował obalić Johna Garanga z plemienia Dinka, w oddziałach SPLA zaczęła się wojna na tle etnicznym. Machar walczył o niepodległość Południa, Garang za wielorasowy, wieloreligijny Sudan. Wojna polegała nie tylko na mordowaniu wroga, ale również na odcinaniu i przechwytywaniu dostaw żywności z pomocy humanitarnej. Na Południu z głodu zmarło ponad 300 tysięcy ludzi. Panował totalny chaos, rebeliantki dozbrajane przez dostawców broni z całego świata, rozmnożyły się. Obaj przywódcy naszego kraju mają na rękach krew. Na tej wojnie nie było bohaterów, ale świata to nie obchodziło. Świat załatwiał swoje interesy. I co ja mogę teraz myśleć o świecie? – spytał Gai, wylewając na ziemię resztkę piwa. – Zawsze to robię. Żeby zmarli mieli coś z życia.

Porozumienia pokojowe podpisano w 2005 roku, niedługo po tym, ojciec SPLA John Garang zginął w katastrofie helikoptera. Nie sporządzono po niej żadnych raportów. Pięć lat później mieszkańcy jednomyślnie zagłosowali w referendum za separacją Południa.

Politycy z całego świata ściskali dłonie “wyzwolicieli”, gadając o pokoju, inwestycjach i prawach człowieka. Wtórowali im celebryci z Hollywood. Twarzą separacji Południa został George Clooney.

W wojnach domowych pomiędzy Północą a Południem zginęło ponad dwa i pół miliona ludzi, a cztery uciekły ze swoich domów.

Pokój w Sudanie Południowym miał wymierną cenę w dolarach amerykańskich. Armia państwowa SPLA zszyta z kilkunastu uzbrojonych grup, kupowała lojalność najróżniejszych watażków tytułami, za gotówkę, nieruchomości, dobre samochody i stanowiska. W czasach pokoju każdy generał chciał zostać ministrem. A że każdy generał ma lojalne oddziały, zmiany w rządzie zazwyczaj poprzedzało wprowadzenie godziny policyjnej w stolicy. W ciągu kilku lat z budżetu państwa wyparowały miliardy dolarów z ropy naftowej, której zasoby po podziale Sudanu, znalazły się na terytorium Południa.

Kilka dni po rzeziach dokonanych na Nuerach przez Dinków w stolicy w grudniu 2013 roku, zwolniony wiceprezydent stanął na czele rebelii. Na odwet Nuerów nie trzeba było długo czekać.

Z danych ONZ wynika, że od grudnia 2013 w Sudanie Południowym zginęło ponad 50 tysięcy ludzi, ale nie wiadomo dokładnie ilu. Nikt tego nie policzył. Nieoficjalne źródła mówią nawet o 300 tysiącach.

IV

Pod hasłem „Godząc i jednocząc naród” do mieszkańców Dżuby, uśmiechają się z bilbordów doklejeni w photoshopie politycy. Prezydent Salwa Kiir w kowbojskim kapeluszu i uśmiechnięty Riek Machar, przywrócony na stanowisko wiceprezydenta. Rok temu podpisano porozumienia pokojowe, jednak wojna skończyła się jedynie na papierze. W kraju nadal trwają walki.

– I teraz liczą, że ulegniemy zbiorowej amnezji? – zastanawia się Violet, 20-letnia studentka uniwersytetu w Kampali, uważnie oglądając swoje długie czerwone paznokcie. – Prezydent i wiceprezydent są siebie warci. Teraz robią wszystko by uniknąć kary. I założę się, że ani jeden, ani drugi za swoje zbrodnie nie spędzi ani jednego dnia w pierdlu. Boję się nawet myśleć, jak będzie wyglądała kolejna kampania prezydencka. Żądza władzy zaślepia ludzi. Czy myślisz że pokój jest możliwy bez sprawiedliwości? Ale może lepiej nie gadajmy o polityce, jestem bezradna. Chcę żyć, więc wolę zapomnieć – Przez dłuższą chwilę milczymy, patrząc sobie w oczy. Violet niedługo skończy studia na wydziale prawa. Jest silna i piękna.

Niektóre imiona i szczegóły mogące ułatwić ich identyfikację osób występujących w tekście, zostały zmienione w trosce o ich bezpieczeństwo.

Reportaż powstał na podstawie wielu rozmów, które odbyłam w Sudanie Południowym i w Ugandzie w latach 2010 – 2016.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *