Amen za ramen

Sznur gazet i kamieni w jednym z tokijskich parków to sprawdzony od lat sposób na ustalenie kolejności otrzymywania posiłku przez bezdomnych w każdy sobotni poranek. Zamiast ludzi – rząd duchów.

Kilkadziesiąt metrów dalej ciągnące się w nieskończoność kolejki do knajpek z popcornem o dziwnych smakach, do kawiarni z hawajskimi placuszkami, po nową kolekcję ubrań czy limitowaną edycję gry. Stolica ulicznej mody budzi się z poimprezowego snu.

Tokijczycy nie zwracają na bezdomnych uwagi. Omijają, nie spuściwszy nawet wzroku, jakby mieli wbudowany specjalny radar, jakby tamci byli tylko złym przywidzeniem, wrzodem na ich pięknej rzeczywistości – jakby nie istnieli naprawdę.

A może faktycznie są tylko złudzeniem? Jeśli nie będziemy mówić o jakimś problemie, to zniknie, prawda?

Wolontariusze przychodzą co tydzień rano, rozkładają brezentowe płachty, na których wykładają worki jedzenia: białe nadmuchane chemią bułeczki, krakersy, słoiki dżemu, ciasteczka. Jedzenie, które ma pomóc bezdomnym przeżyć zimę.
Ale najpierw się modlą. Śpiewają psalmy, dziękują bogu, rozmawiają. Dzielą wszystko po równo do worków: dwie bułeczki, pudełko krakersów, słoiczek dżemu. To samo każdego tygodnia, z lekkimi wariacjami.
– Co tydzień w poniedziałek spotykamy się w porze lunchu na ostatnim piętrze Urzędu Miasta i modlimy się nad całym Tokio – mówi jeden z wolontariuszy.
– To miasto potrzebuje modlitwy, jak nigdy wcześniej – przytakuje drugi.

Bezdomni czekają kilkadziesiąt metrów dalej. Zmęczeni, zmarznięci, z sinymi ustami, i trzęsącymi się rękami. Słuchają grzecznie kazania. Radujcie się! – słyszą, ale nie wiedzą, jak to zrobić. Próbują uwierzyć, że zostaną zbawieni, ale woleliby zjeść śniadanie już zaraz. Czekają, aż będą mogli zapchać ssanie w brzuchu jedzeniem, którego nie chciały amerykańskie markety z przedmieść Tokio. Niektórzy nazywają to cynicznie āmen de rāmen – “amen za ramen”. Niepisana cena za ciepły posiłek? Modlitwa o siódmej rano według zasad, których nie rozumieją.

Mieko stoi z boku, jedyna kobieta wśród kilkudziesięciu zmęczonych mężczyzn. Chowa ręce w duże kieszenie płaszcza. Nie zostawia swoich rzeczy bez opieki. Jeśli je straci, zostanie całkowicie bez niczego. Nie podąża wyznaczoną ścieżką, nie należy do żadnego domu, nie ma męża ani dzieci. Dla wielu mogłaby nie istnieć. Nie może i nie chce dzielić się tym, co ma. I tak niczego jej nie starcza. Dzieli się tylko słowami, je akurat ma w nadmiarze:

„Dzisiaj zdarzyło się coś niesamowitego. Siedziałam przy skrzyżowaniu z Aleją Meiji i próbowałam się schować przed deszczem. Siedzę tak i nagle staje przede mną ogromny gaijin, cudzoziemiec. Potężny! Tak się wystraszyłam! Stoi tak i się patrzy.
– Homeless? – zapytał. Kiwnęłam głową.
Nihonjin? (Japonka)? – Tak, tak. – Uśmiechnął się, ale tak ciepło, wiesz? Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałam taki uśmiech.
Chwycił mnie za rękę, jego dłonie były takie ciepłe. – I love you – powiedział. I potrząsnął moją dłonią – I love you, I love you. Trzy razy. Ktoś trzy razy powiedział, że mnie kocha. Mnie! Zniknął gdzieś za zakrętem. Była czwarta rano i padał deszcz. Siedziałam wtedy na skrzyżowaniu z Meiji i próbowałam schować się przed deszczem, kiedy zdarzyło się coś niesamowitego…”

Mieko opowiada historię od początku, zapętla ją niczym ulubioną piosenkę. Iloveyouiloveyouiloveyou. Ktoś obcy w środku nocy przypomniał jej, że jest człowiekiem. Mimo że nie ma domu, mimo że nie ma rodziny, mimo że całe dnie spędza sama.

Do wpuszczenia odrobiny światła do zakamarków swojej duszy potrzebowała Pana Cudzoziemca. Jest przekonana, że spotkała anioła.

Tags from the story
,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *